Informacja turystyczna Nysa
Informacja turystyczna Nysa
 

Autorem wszystkich artykułów jest licencjonowany przewodnik turystyczny Krystyna Dubiel.

Niezwykłe opowieści z nyskiej krypty

 

 

 

 

"Tragiczny efekt ludzkich zabobonów, czyli śladem czarownic z ziemi nyskiej"

 

  Nysa jak każde miasto przechodziła  czasem piękne, a czasem  trudne chwile. Były niestety także takie, które do dziś budzą ogromne emocje.

 

   Na czarnych kartach historii Nysy, zapisano smutną historię kobiet oskarżonych o czary a następnie spalonych na stosie.Dziś zapraszamy na wycieczkę śladem tragicznego losu niewinnych ofiar zabobonu i zwykłej ludzkiej zawiści.Naszą wycieczkę zaczynamy od wizyty w Muzeum  w Nysie,gdzie jest wystawa poświęcona czarownicom,sposobom ich sądzenia i karania.Następnie przechodzimy na plac przed Domem Wagi,  gdzie stał pręgierz oraz gdzie prawdopodobnie tu w pobliżu sądu zwierzchniego mieszczącego się we wspomnianym Domu Wagi zbudowano w 1639 roku specjalny piec do palenia czarownic. Bardziej jednak prawdopodobne wydaje się, że taki piec mógł powstać raczej na przedmieściach Nysy np.przy końcu ulicy lub na Opole. Miejsce straceń zawsze mieściło się poza miastem, a do tego piec czy stos musiał ze  względu na możliwość zaprószenia ognia w ciasnej miejskiej zabudowie, musiał znajdować się na uboczu.

 

Tą właśnie drogą, od dawna w każdy Wielki Piątek mieszkańcy Nysy pielgrzymowali  od Domu Wagi do kościoła Jerozolimskiego na pamiątkę męczeńskiej drogi Jezusa.Czy tą drogą wieziono oskarżone o najcięższy grzech kobiety,by im dodatkowo uzmysłowić ich winy wobec Boga?Tego nie można dowieść.Ten straszny czas można tylko odtworzyć z nielicznych zachowanych dokumentów.Wiadomo jest na pewno, z tzw.pokutnych pieniędzy ”Bussgeldem”  opłacano  sędziów,kata,pisarza a część trafiała do biskupiej kiesyDlatego też z Domu Wagi kierujmy się ulicą Krzywoustego na most a następnie ulicami Ujejskiego,Mieczysława  dojść do niewielkiego wzniesienia na tzw.Górce Otmuchowskiej gdzie być może kiedyś płonęły stosy.My natomiast skierujmy się do ośrodka nad jeziorem gdzie przy dającym ciepło a nie śmierć  ognisku zakończymy naszą wędrówkę śladami czarownic.

Aby choć nieco zrozumieć ten tragiczny okres w historii naszego miasta,przybliżmy tamten straszny czas.

Ludzie od dawna wierzyli w istnienie diabła jego pomocników czarowników i czarownic. Jednak największe nasilenie wiary w czarnoksięstwo nasiliło się po wieloletniej wyniszczającej wojnie .Wojna trzydziestoletnia spowodowała  min.grabieże,gwałty,głód oraz szalejące epidemie.W samej Nysie panował tak ogromny głód, że pieczono chleb z torfu.Wyniszczeni ludzie szybko padali ofiarami epidemi.Kiedy w 1633 roku wybuchła największa z dotychczasowych epidemii czarna dżuma, zmarło około 2/3 ludności.Dramatyczne przeżycia i ogólne zdziczenie obyczajów po wojnie przyczyniły się do umocnienia wiary w szatana i czarownice.Prostym ludziom łatwiej było przyznać, że choroba,czy brak mleka u wychudzonej krowy to efekt czarów niż szukać racjonalnych wyjaśnień.A od oskarżenia o rzucanie uroku do skazania czarownicy było już niedaleko. Od końca XV wieku coraz popularniejszy stawał się „Młot na czarownice”, którym posługiwali się  sędziowie badający zasadność oskarżeń o czary.Dzieło to składające się z trzech części opisywało sposoby rozpoznawania czarownic,rodzaj czarów i odpowiednie paragrafy do sądzenia czarownic.W nim to z całą powago zapisano, że...” we wszystkich sposobach czarowania,szatani czarownice uczą,żeby zawsze do owych czarów sakramentów kościelnych abo inszych rzeczy Panu Bogu oddanych i poświęconych zażywały..”.Jak widzieli kobietę autorzy tej księgi każdy przeczytać może na wystawie w muzeum w Nysie.Dziś u współcześnie czytającego ten opis pojawia się uśmiech jednak kiedyś traktowano tam zapisane słowa z całą powagą.Kobiety w tamtych czasach niewiele miały szans na obronę.Rzadko, pojawiali się ludzie, którzy zaryzykowaliby obronę oskarżonych o czary kobiet.Stosując tortury łatwo było włożyć w usta umęczonych ludzi zeznania obciążające każdego, który ośmielił się bronić oskarżonych o czary.

 

Często oskarżane były osoby bogate jak żona szumperskiego radnego,płóciennika Maria Peschka.Jej mąż, który ośmielił się wystawić po jej śmierci pomniczek został rok później oskarżony o czary.I mimo iż nigdy nie przyznał się do winy pomimo wszystkich stopni tortur,został spalony przez jednego z „najpracowitszych” inkwizytorów Bobliga jako szczególnie zatwardziały czarownik w 1692.Nie bez znaczenia w tym wypadku był spory majątek domniemanego czarownika Skazanym za czary, bowiem konfiskowano majątki.I w tym fakcie należy szukać także  przyczyny polowań.Wystarczyło na początku jakiekolwiek oskarżenie by potem torturami wymusić potrzebne zeznania.Polowania na czarownice to tragiczna i ciemna strona naszej historii .Nie możemy się jej wypierać czy „zamiatać pod dywan”.Miejmy jednak świadomość, iż wiara w zabobon była powszechna.I tak, kiedy u pewnego rolnika w Konradowie krowy nie dawały mleka wezwano kata.Ten po fachowych oględzinach stwierdził, że jest to skutek rzuconych czarów.Nakazał zdjąć ze ściany krzyż i wbić nóż między nogi Chrystusa.Sam w tym czasie wygłaszał odpowiednie formuły odczyniające czary.Na zakończenie zabronił wszystkim wychodzić z domu przez osiem godzin.Pierwsza osoba według kata, która wejdzie po tym do domu to czarownica która rzuciła urok na krowy!

 

Głównym powodem tak wielkich polowań na czarownice była, jak zaznaczyłam wcześniej, ludzka zazdrość, chciwość i chęć niemal nieograniczonej władzy.Można powiedzieć, że były to czasy ciemnoty i zabobonu.Ale czy my współcześni ludzie ery podboju kosmosu nie jesteśmy inni?Ilu współczesnych ludzi chodzi do wróżek,wierzy w stawiane horoskopy,kabały czy też wiesza czerwona kokardkę w niemowlęcym wózeczku na wypadek”złego spojrzenia”.Czy czasem nie skazuje się kogoś na "stos" złym słowem,fałszywym osądem kierując się uprzedzeniami?Niech, więc wystawa i trasa wycieczki poświęcona czarownicom będzie swoistym memento naszych czasów.Niezwykle łatwo jest rozpalić ogień zła,który szybko może się tez wymknąć spod kontroli.

 

 


"Dawne prawo"

 

Jak świat stary, ludzie zawsze kierowali się tymi samymi pobudkami. Pożądali cudzego mienia, oszukiwali a także czy to w gniewie, czy z premedytacją pozbawiali życia innych. Każda epoka ma swoje przestępstwa i swoje prawa. Dziś w epoce cyberprzestępców trafiają się także pospolite przestępstwa, które acz ukarane, w większości gubią się w anonimowym tłumie. Kiedyś, i zbrodnia i kara były bardziej widoczne. Dziś, choć mówi się czasem o „ciemnym średniowieczu” i jego okrutnym prawie, to wydaje się, że dawne prawo było niekiedy praktyczne a nieraz nawet, budzące w naszych oczach uśmiech. Początkowo, we wczesnym średniowieczu, dominowało prawo zwyczajowe, oparte na niepisanym, tylko ustnym przekazie. Kara, za dokonaną krzywdę w tym okresie, polegała na zemście rodowej tzw. wróżdzie. Szczególnie, jeśli dotyczyło to zranienia lub zabójstwa. Krewni poszkodowanego dokonywali zemsty na rodzinie sprawcy. Ci z kolei brali odwet i tak prowadziło to do powstania swoistej spirali ofiar. Po kilkunastu latach nikt już nie pamiętał, co było powodem waśni. Nie mniej ważny był aspekt gospodarczy, jako że pozostawały osierocone dzieci, samotne wdowy, które były za słabe by odpowiednio zagospodarować ziemię przynoszącą przecież zyski panującemu. Najpierw wprowadzono około 1027 r. tzw. Pokój Boży (Treuga Dei). Zakazywał on prowadzenia wojen od środy wieczór do poniedziałku rano. Później rozszerzono go o okres Adwentu i Wielkiego Postu. Następnie zastosowano pojęcie miru - zapewniającego szczególną ochronę osobom np. duchownym czy urzędnikom panującego. Mir, szczególnie dotyczył, ważnych dla ówczesnego życia miejsc, jak: drogi publiczne, targ a w szczególności kościoła. Każdego winnego, nawet zabójcy, dopóki przebywał wewnątrz kościoła obejmował azyl, który zapewniał mu nietykalność.

Innym rodzajem prawa był Sąd Boży-Ordalia. Opierał się na przeświadczeniu, że Bóg nie dopuści krzywdy niewinnego. Sąd Boży stosowano powszechnie na terenach, gdzie dominowało prawo polskie. Polegał on na tzw. „próbach”: próbie wody zimnej lub gorącej, próbie żelaza czy też pojedynku sądowym.
Próby wody stosowano głównie przy podejrzeniach o czary. Związaną kobietę wrzucano do wody, gdy nie tonęła uważano za winną, bo jak twierdzono -„czysta woda nie przyjmie nieczystej” - czyli mającej konszachty z diabłem. Nikt nie pomyślał o tym, że kobiety nosiły wówczas, obszerne suknie i halki, które zatrzymując powietrze utrzymywały nieszczęsną na wodzie.

Z kolei próba gorącej wody polegała na włożeniu ręki do wrzątku na kilka chwil. Jeśli dłoń nie uległa poparzeniu, uważano to za znak niewinności.

Natomiast próba żelaza polegała na przejściu trzech kroków po rozpalonym żelazie, potem opatrywano rany i obserwowano. Gdy źle się goiły, uznawano to za dowód winy. W przypadku pojedynku sądowego, dowodem winy była przegrana. Uważano, bowiem że ten, po którego stronie jest racja nie może być pokonany.

Dość powszechnie stosowanym, popieranym przez kościół i panujących były ugody pojednawcze (kompozytowe), polegające na odpowiednim zadośćuczynieniu materialnym poprzez zapłatę za szkodę. Ugody prowadzili pośrednicy –jednacze, którzy negocjowali warunki ugody. Najważniejsza, oprócz wyrazów skruchy, była tzw. główszczyzna, czyli odpowiednia rekompensata finansowa. Jej wysokość zależała od stanu, wieku i płci zamordowanego. Jeśli strony ugody stać było na opłacenie pisarza, umowę pojednawczą spisywano. Pierwszą taką spisaną umowę zawarto na dworze księżnej Beatrycze, wdowie po Bolku I, w1304 r. Biednym pozostawała ugoda ustna, często przypieczętowana uściskiem ręki nad grobem ofiary. Dodatkowym elementem pojednania były stawiane przez zabójcę krzyże pojednania. Ich zadaniem, oprócz upamiętnienia śmierci, była głównie intencja modlitwy za ofiarę zbrodni. Kilkadziesiąt takich kamiennych krzyży można dziś spotkać na całym Śląsku. Najbliżej Nysy znajdują się, dwa krzyże przy drodze w Jędrzychowie. Krzyże a czasem kapliczki stawiano w miejscach, które mogły gwarantować modlitwy przechodniów. Czasem w umowie pojednawczej, zobowiązywano sprawcę do ufundowania określonej liczby mszy św. Jeden z „rekordzistów” musiał opłacić aż 1000 mszy świętych. Powszechnie uważano, bowiem, że tragicznie zmarły odszedł ze świata bez pojednania z Bogiem i teraz potrzebna jest modlitewna pomoc i msza za jego duszę. W przypadku osób wysokiego stanu, zabójca zobowiązany był niejednokrotnie do odbycia pielgrzymki pokutnej, do świętego miejsca. Również i w takiej sytuacji „możni tego świata” mieli ulgi. Do odbycia pielgrzymki można było wynająć zwykłego człowieka. Ugody pojednawcze stosowano do wojny trzydziestoletniej. W jej wyniku zmarło wiele osób i następujące później zdziczenie obyczajów spowodowały zanik potrzeby ugody.

Wraz z lokacją miast i ich rozwojem, prawo stało się coraz bardziej sprecyzowane. Rolę sędziego pełnił wójt, który spośród mieszczan wybierał ławników. Początkowo wójtowie sądzili drobne wykroczenia, większe należały do jurysdykcji księcia. Dopiero później miasta uzyskiwały prawo wyrokowania kary śmierci tj. prawo miecza. Określało ono również, rodzaj kary za odpowiednie przestępstwo.

Już od 1532 roku powszechnie stosowano kodeks karny Karola V, który spowodował m.in. zwiększenie surowości kar w stosunku do czasów wcześniejszych. Więcej było kar śmierci, które można było wykonać, aż na sześć sposobów! Równie dużo było, kar cielesnych. Niemal w każdym mieście stał pręgierz-słup hańby czy dyby. W małych miasteczkach kuny, czyli metalowe kółka, do których przykuwano winowajców, mocowano je przy wejściu do kościoła. Jeśli delikwent miał wybite zęby i został przykuty do muru kościoła było wiadomym, że złamał np. post. Tak, więc, jeśli gdzieś zobaczymy przy murze kościoła metalowe koła, wiedzmy, że nie służyły one do wiązania konia, jak to sugerował kiedyś mi pewien turysta, tylko narzędzie sprawiedliwości. Kary miały spełniać rolę wychowawczą, były też rodzajem widowiska. Miały one budzić strach, czasem wesołość czy dającą możliwość niewielkiego słownego odwetu. Stojący pod pręgierzem czy w dybach, musieli znosić przez cały okres kary wyzwiska czy szyderstwa.

Dziś opis kar, za pospolite przestępstwa budzi czasem też uśmiech. Nic dziwnego, kiedy to bardzo kłótliwe kobiety zamykano w tak przemyślnie skonstruowane dyby, że całą dobę musiały patrzeć na siebie. Niekiedy dokładano im jeszcze kamienie hańby, czyli sporej wielkości i wagi, kamienie zawieszone na szyi. W takich kamiennych „naszyjnikach” z wyrytą wagą, musiały stać przed ratuszem winne za oszustwa na wadze. Podobny los spotykał np. nieuczciwych piekarzy, których później za powtórne zaniżanie wagi podtapiano w specjalnej klatce. Bardzo popularnym sposobem wykonywania kary była chłosta.Ta w zależności gdzie była wykonywana mogła być honorowa, kiedy to lanie dostawał delikwent w piwnicach ratusza.Ta sama kara wykonana publicznie przy pręgierzu była już hańbą. Również haniebne było wykonanie wyroku śmierci poza murami miasta przy szubienicy. Sama szubienica była stawiana najczęściej na wzniesieniu przy głównej drodze wylotowej z miasta lub rozstaju dróg, ale w pobliżu bram miasta. Ponieważ wisielców nie ściągano dopóki ciało samo nie spadło. Widok rozkładających się szczątków ludzkich i towarzyszące im ponuro krakające kruki i wrony, były niezwykle skutecznym elementem odstraszającym przygodnych złodziei czy morderców. Wrażenie zapełnionej szubienicy świadczył, że miasto posiada przywilej miecza i przestępstwo jest surowo karane. Przy szubienicy karano także za najważniejsze przestępstwa m.in. rozboje na drogach. Karą było łamanie kołem i w tym przypadku w zależności od „zasług” rozbójnika metod było kilka. Nie opowiem o nich dokładniej, ale archeolodzy badający szczątki takich egzekucji twierdzą, że była to śmierć bardzo bolesna. Śmierć przy szubienicy w jakiejkolwiek postaci, skutkowała pochowaniem zbrodniarza w niepoświęconej ziemi za miastem. Technika wykonania kara śmierci była różna, zależała od płci czy pochodzenia winnego. Szlachcica ścinano tylko za morderstwo równego sobie stanem. Egzekucji dokonywano w rynku na specjalnie wykonanym podeście. Natomiast kobiety z reguły, nigdy nie były wieszane. Uznane za winne ścinano, topiono w rzece lub w przypadku dzieciobójstwa zakopywano żywcem i przebijano serce kołkiem. Wiadomym było, że za kradzież utną rękę a za hultajstwo obetną np. uszy. Za dużą kradzież karano już stryczkiem. Każda kara miała za zadanie jasno i dobitnie pokazywać, jaki skutek przyniesie przekroczenie prawa. Istotnym był też fakt, że winowajca już przy mniejszych wykroczeniach był wystawiony na widok publiczny i przez cały okres kary, jak już wspomniałam, był obrzucany obelgami. Duże znaczenie miał fakt, że od razu był znany wszystkim mieszkańcom. Żaden oszust czy złodziej nie mógł liczyć, że nikt nie będzie znał jego niecnych uczynków.

 Temu służył pręgierz czy dyby. W Nysie sądząc z miedziorytu Hayera pręgierz stał, podobnie jak w wielu miastach, w rynku koło ratusza. Niezwykłym organem stojącym na straży prawa w Bystrzycy Kłodzkiej, niemającym zbyt wielu odpowiedników na Śląsku, był działający od 1636 r. Inspektorat Bojaźni Bożej.

Niemal po stu latach, po „rewolcie” mieszkańców w 1724 r. znienawidzony urząd zlikwidowano. Osobną i niechlubną czarną kartą w dawnym prawie były procesy czarownic. Szczególnie źle zapisała się w tej materii ziemia nyska. Jest to już inna opowieść, podobnie jak zawód kata. Zawód niehonorowy, ale dochodowy, lecz o tym będzie już w następnej opowieści.

Niemniej jednak, już teraz można zrobić wspaniałą wycieczkę „szlakiem dawnego prawa”, opracowaną kilka lat temu, przez Pana Staszkowa „Śladem kamiennych krzyży pojednania”.